Shaboozey wraca doskonałym albumem koncepcyjnym.

Collins Obinna Chibueze (ur. 9 maja 1995 r.), znany pod pseudonimem Shaboozey, to amerykański piosenkarz. Jego twórczość łączy elementy muzyki country, americana i hip-hopu. Po wydaniu dwóch albumów  „Lady Wrangler” (2018) oraz „Cowboys Live Forever, Outlaws Never Die” (2022) zyskał szerszą rozpoznawalność dzięki udziałowi w nagraniach ścieżek dźwiękowych do filmu „Spider-Man: Uniwersum” (2018) oraz albumu Beyoncé „Cowboy Carter” (2024).

Przełom komercyjny nastąpił wraz z wydaniem trzeciego albumu, „Where I've Been, Isn't Where I'm Going” (2024). Pochodzący z niego singiel „A Bar Song (Tipsy)” spędził dziewiętnaście tygodni na szczycie listy Billboard Hot 100, wyrównując rekord utworu „Old Town Road” artysty Lil Nas X jako piosenka najdłużej utrzymująca się na pierwszym miejscu tego zestawienia w historii. Kolejny singiel, „Good News”, dotarł na szczyt listy US Country Airplay i znalazł się w pierwszej piętnastce notowania Hot 100. W 2025 roku artysta współpracował z Jelly Rollem przy utworze „Amen”, który zdobył nagrodę Grammy w kategorii Best Country Duo/Group Performance (najlepszy występ duetu lub grupy w stylu country).
Jest również laureatem trzech nagród Billboard Music Awards, dwóch People's Choice Country Awards oraz dwóch nagród iHeartRadio Music Awards.

„The Outlaw Cherie Lee & Other Western Tales” to czwarty jego album, wydany 31 lipca 2026 roku nakładem wytwórni American Dogwood i Empire Distribution.

W nagraniu albumu gościnnie udział wzięli: Jamie Foxx, Gunna, Leon Bridges, Teyana Taylor, Kehlani, Sam Elliott oraz Orville Peck. Shaboozey określił to wydawnictwo mianem albumu koncepcyjnego, współtworzonego z Xaivią Inniss, którego fabuła koncentruje się na historii fikcyjnej banitki o imieniu Cherie Lee, dążącej do zemsty.

Można śmiało teraz powiedzieć, że gdyby Shaboozey nigdy nie wydał kolejnej muzyki, jego miejsce w historii nadal byłoby zapewnione.
Nie był jedynym czarnoskórym artystą, który został przedstawiony szerszej publiczności przez gościnny występ na albumie Beyoncé z 2024 roku na „Cowboy Carter”, ale nikt inny nie wykorzystał ekspozycji tak zadziwiająco. Wydany dwa tygodnie po tym, jak gościnnie pojawił się u niej, jego singiel A Bar Song (Tipsy) niespodziewanie przyćmił sukces Beyoncé, stając się najlepiej sprzedającym się singielem country roku - ponad 1,75 miliarda strumieni i licząc na Spotify - i przez pewien czas, najdłużej uplasowany amerykański numer 1 wszech czasów. Otrzymał trzy nominacje do nagród Country Music, wydarzenia tradycyjnie odpornego na artystów – napiszę „czarnych”. Dołączony album, „Where I’ve Been, Isn't Where I’m Going”, był zdecydowanie najbardziej udaną utrzymywaną próbą połączenia hip-hopu i country, dwóch gatunków, które od pewnego czasu ostrożnie krążą wokół siebie, rodząc od czasu do czasu nowatorski hit, taki jak Nelly i Tim McGraw's „Over and Again”,  czy współpracę Ludacrisa z 2011 roku z Jasonem Aldeanem w „Dirt Road Anthem” (remix) Album Shaboozey’a jest nadal na amerykańskiej liście przebojów, 112 tygodni po premierze.

Shaboozey: „Banita Cherie Lee i inne zachodnie opowieści” Teraz o tej płycie. 



Nic dziwnego, że opisywany wcześniej sukces, skłonił Shaboozey'a do podjęcia ambitnego wyzwania dwa lata później. „The Outlaw Cherie Lee & Other Western Tales” to składający się z 20 utworów album koncepcyjny, któremu towarzyszy trzyczęściowa seria komiksowa pod tym samym tytułem. Płytę wzbogacono o budujące klimat przerywniki – kompozycje filmowe i orkiestrowe, utrzymane w stylistyce ambientu i twórczości Pink Floyd, gdzie płaczliwe brzmienie gitary pedal steel zastępuje charakterystyczne dla Davida Gilmoura, pełne melancholii podciągnięcia strun. W nagraniach usłyszymy narrację aktorów: Jamiego Foxxa, Teyany Taylor i Sama Elliotta; udział tego ostatniego pomaga rozwiązać typowy problem albumów koncepcyjnych czyli sytuację, w której słuchacz szybko gubi wątek opowieści i przez większość czasu nie ma pojęcia, co właściwie się dzieje.

Muzyka country sięgnęła po formułę albumu koncepcyjnego na długo przed rockiem. Powiązane tematycznie płyty Marty’ego Robbinsa – „Gunfighter Ballads and Trail Songs” (1959) czy „Bitter Tears” Johnny’ego Casha (1964) zajmują w historii tego gatunku niezwykle ważne miejsce. Wydany w 1975 roku album Williego Nelsona „Red Headed Stranger” czyli saga o mordercy uciekającym przed wymiarem sprawiedliwości regularnie wygrywa rankingi na najlepszą płytę country wszech czasów; po ten format sięgało też wielu innych wybitnych artystów, w tym Emmylou Harris, Kenny Rogers czy Dolly Parton. 
„The Outlaw Cherie Lee” można zatem postrzegać jako świadomą próbę odejścia od popu w stronę korzeni country, choć nie obyło się bez gościnnego udziału rapera Gunny w utworze „High Noon”, gdzie jego wokal poddano silnej obróbce typu Auto-Tune („wydałem stówę tysięcy na ciuchy / mam niezłe laski” – nawija artysta).
 „Cowgirl” i „Born to Die” to dwie oczywiste – i trzeba przyznać, niezwykle ujmujące – próby powtórzenia sukcesu największego przeboju Shaboozey'a; zapowiadając pierwszy z tych utworów, artysta zauważa: 

„Mam dla was kolejny barowy kawałek”.


 Z kolei „Bullets and Blades” to potężna i zachwycająca pięknem ballada, w której Shaboozey śpiewa w duecie z gwiazdą R&B, Kehlani.
W innych momentach „The Outlaw Cherie Lee” to materiał utrzymany w bardziej klasycznym stylu country: utwór „If I Was an Outlaw” wzbogacono o pianino w klimacie saloonu, „Sweet Revenge” skręca w stronę country rocka, a całość wieńczy wykonana przez Orville’a Pecka tradycyjna kowbojska ballada „Streets of Laredo”. 
Dominujący nastrój płyty jest surowy i posępny; brzmienie buduje tu głównie gitara akustyczna (z techniką gry palcami w sposób szarpiący struny/ fingerpicked) oraz skrzypce. W najlepszych momentach – jak choćby w utworze „Drunk” – kompozycje te są niezwykle sugestywne i pełne mocy, choć momentami trudno oprzeć się wrażeniu, że wraz z ograniczeniem rapowych elementów wokalnych Shaboozey stracił część swojego unikalnego charakteru. Choć potrafi śpiewać z imponującą, mroczną siłą, poziom ekscytacji wyraźnie rośnie, gdy artysta wraca do stylu inspirowanego hip-hopem – co pozwala mu lepiej wcielić się w rolę pewnego siebie banity w utworze „Til Sunday”.

Mimo to „The Outlaw Cherie Lee” sprawdza się jako dowód eklektyzmu artysty lub, jeśli wolicie, jego dążenia do zadowolenia jak najszerszego grona odbiorców. Utwory o popowym zabarwieniu trafiają w punkt, skuteczność artysty w eksperymentowaniu z różnymi stylami okazuje się wyższa, niż sugerowaliby sceptycy, a jego chęć włączenia do swojego świata twórców R&B, soulu i hip-hopu świadczy o imponującej odwadze – obok Gunny i Kehlani na płycie pojawia się także Leon Bridges, dając znakomity popis wokalny w „Burn It Down”. Całość spaja spójna i dobrze poprowadzona narracja. Co być może najważniejsze, album nie sprawia wrażenia dzieła artysty, którego karierę zachwiał ogromny, niespodziewany i niepowtarzalny przebój; to raczej praca twórcy, który buduje swoją pozycję z myślą o długofalowej karierze.


Komentarze

Nowsza Starsza