Johnny Marr z "The Age of Everything" wciąż trzyma fason. Recenzja.

 

„The Age of Everything” to piąty album studyjny Johnny’ego Marra. Został wydany 2 października 2026 roku nakładem wytwórni New Voodoo, na mocy licencji udzielonej firmie BMG. Promują go single „Spin”, „Ophelia” oraz „It’s Time”.

Serwis Any Decent Music przyznał albumowi średnią ważoną ocenę 7,1 na 10, wyliczoną na podstawie recenzji jedenastu krytyków. Według portalu Metacritic, płyta spotkała się z „powszechnym uznaniem” („universal acclaim”), uzyskując średnią ważoną ocenę 81 na 100 na podstawie recenzji siedmiu krytyków. Album dotarł do 5 lokaty na UK Albums Chart.

Kiedy w 1987 roku zespół The Smiths zakończył działalność, Morrissey był oczywistym kandydatem do kariery solowej. W przypadku Johnny’ego Marra sprawa nie była już tak jednoznaczna. Jako połowa kultowego duetu kompozytorskiego i główny architekt brzmienia The Smiths, Marr miał pełne prawo do solowej ścieżki, jednak wstrzymywał się z tym, współpracując z innymi grupami takimi jak The Pretenders czy Modest Mouse (a także z zespołem, który sam założył w 2003 roku).

Dopiero w 2013 roku przełamał bariery, które go powstrzymywały, i wydał album „The Messenger”. Podobnie jak większość jego późniejszych dokonań, debiut został dobrze przyjęty. Pewnym mankamentem płyt Marra jest jednak fakt, że ich produkcja często sprawia wrażenie zakorzenionej w sztucznej, „plastikowej” estetyce lat 80. Co ciekawe, w czasach The Smiths artysta niemal całkowicie unikał takiego brzmienia.

Teraz, w połowie lat 20. XXI wieku, nowy krążek Marra „The Age of Everything” prezentuje brzmienie pewne i dojrzałe. Otwierający utwór „Spin” zaczyna się akordem, który brzmi niczym zmęczone ciało opadające na fotel. Płyta opiera się na charakterystycznych gitarowych brzmieniach i wielowarstwowych aranżacjach - tym samym fundamencie, dzięki któremu Marr dekady temu wywarł tak ogromny wpływ na rozwój indie rocka. W efekcie otrzymujemy album, w którym kolejne utwory płynnie przechodzą jeden w drugi z niewymuszoną gracją; to dzieło świadczące o wielkim kunszcie, w którym dbałość o detale idzie w parze z dbałością o spójną całość.

Marr napisał materiał na „The Age of Everything” w Londynie, a następnie ogrywał utwory wraz ze swoim zespołem podczas trasy koncertowej na wschodnim wybrzeżu USA. Ostatecznie powrócił do rodzinnego Manchesteru, aby tam zarejestrować płytę. Komentując tytuł albumu, artysta zauważa:

„Wydawało mi się, że dobrze oddaje on to, co czuje dziś wielu ludzi… Z jednej strony w naszej kulturze dominuje poczucie przytłoczenia technologią, ale jeśli spojrzeć na to z innej perspektywy, można dostrzec w tym również nowe możliwości”.

Album balansuje między mrokiem a światłem, zrozumieniem a niewiedzą, działaniem a bezczynnością. Twórczość Marra nie jest tu ani gorączkowa, ani przygnębiająca; nie wyczerpuje się ani nie tonie w smutku. Zamiast tego otrzymujemy utwory utrzymane głównie w średnim tempie, ożywione swobodnym, melodyjnym wokalem oraz niezwykle pomysłowymi, a przy tym pełnymi spokoju gitarowymi motywami.

„Spin” nadaje płycie ton łagodnej, lecz stanowczej energii, która nieco przybiera na sile w egzotycznie pięknym utworze „Beyond the Rain”. Następnie „It’s Time” wybija się na pierwszy plan niczym biegacz - jego kręty, dźwięczny riff przywodzi na myśl list z domu, a pełen dynamiki power-popowy refren, wzbogacony o wokalne wstawki typu „woh-oh”, wręcz zmusza do wspólnego śpiewania, przy okazji skłaniając do refleksji: dlaczego właściwie nikt już nie śpiewa „woh-oh”?

Na tym etapie słuchacz odnosi wrażenie, że Marr nie jest w stanie popełnić błędu - i artysta rzeczywiście to potwierdza. Każdy utwór ma swój własny, unikalny charakter: od „In and Out of Love” z charakterystycznym przejściem z akordów durowych na molowe w zwrotce, przez „How Come” z przejmującą, pełną żalu melodią opartą jedynie na gitarze akustycznej i perkusji, aż po „Fire with Fire” z hipnotyzującym gitarowym motywem. Mimo to, żadna z piosenek nie sprawia wrażenia obcej względem pozostałych.

Zespół towarzyszący Marrowi jest w doskonałej formie. James Doviak dzieli obowiązki gitarzysty i klawiszowca z liderem, a Iwan Gronow wnosi potężną energię basu, która stanowi przeciwwagę dla subtelnej, często wyciszonej złożoności partii Marra i Doviaka. Na perkusji gra Jack Mitchell, a w chórkach słyszymy Meredith Sheldon oraz Nile’a Marra (podobnie jak niemal wszystkich pozostałych członków zespołu).

„The Age of Everything” to prawdopodobnie szczytowe osiągnięcie Marra. Znajdziemy tu wszystko to - i to w obfitości - co uczyniło go tak znaczącym, choć działającym dyskretnie, twórcą i gitarzystą. Gdy album dobiega końca, a w uszach wybrzmiewają przejmujące głosy Marra i Sheldon, jedyne, czego pragniesz, to włączyć płytę od nowa.

Komentarze

Nowsza Starsza