Morten Harket zapowiada swój siódmy solowy album. Premiera jeszcze w tym roku.



Rozkoszny to czas. Wręcz porywający. Gdy wczoraj po 20;00 dotarła do mnie wiadomość, że 25 września ujrzy światło dzienne nowy singiel Mortena Harketa, zapowiadający tym samym jego siódmy solowy album, pierwszy po 12 latach- i że dostaniemy go do rąk pod koniec listopada, wręcz podskoczyłem przed mikrofonem w radiu. A prowadziłem codzienną audycję "Dookoła południa" w Polski.FM. I gdy sobie uzmysłowiłem, iż ów nowy singiel ukaże się w dniu premiery nowego albumu od Europe, ich płyty numer 12 a pierwszej wydanej po dziewięciu latach ciszy Joey Tempesta i spółki - to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jesień to najpiękniejsza pora w roku, w muzyce i tylko dzięki niej.

A informacje te przekazał sam Morten Harket w dniu 35 lecia wydania dwóch kluczowych dla historii muzyki rozrywkowej płyt, numer dwa Nirvany czyli "Nevermind" i numer pięć w dyskografii Red Hot Chili Peppers czyli "Blood Sugar Sex Magic". I jak tutaj nie wierzyć w przypadki.

Poniżej przedstawiam Wam stos informacji dotyczących nowego albumu wokalisty A-ha jak i przetłumaczoną rozmowę z nim i przemyślenia Jana Omdahla, biografisty grupy i zaryzykuję stwierdzenie, przyjaciela Mortena.  

 


To z pewnością najbardziej zaskakujący, a zarazem najbardziej poruszający powrót roku: niemal 41 lat po tym, jak utwór „Take On Me” odmienił jego życie i półtora roku po ogłoszeniu diagnozy choroby Parkinsona, nieuleczalnego schorzenia neurodegeneracyjnego - lider grupy a-ha, Morten Harket, powraca z siódmym solowym albumem.

„Human Grace” to owoc ogromnej determinacji w obliczu wyniszczającej choroby. Ta sama determinacja sprawia, że ​​artysta patrzy w przyszłość z nadzieją, nie wykluczając nawet ewentualnej dalszej współpracy z zespołem A-ha

Premiera nowego albumu, wydawanego przez Warner Records na płytach winylowych, CD oraz w serwisach streamingowych, odbędzie się 27 listopada. Pierwszy singiel „Hold Me”, podnoszący na duchu, a jednocześnie melancholijny utwór popowy nagrany z udziałem córki artysty, Tomine, ukazał się dzisiaj - 25 września.

– Przez lata, począwszy od albumu „Brother” i w przerwach między pracą z A-ha, pisałem i nagrywałem piosenki. Mój współproducent Peter Kvint i ja spojrzeliśmy na ten materiał świeżym okiem; byliśmy mile zaskoczeni jakością i spójnością utworów, które tylko czekały, by ujrzeć światło dzienne. To było budujące. Doprowadzenie tego projektu do końca było prawdziwą podróżą, zarówno dla mnie, jak i z pewnością dla wszystkich, którzy pracowali ze mną w tak niepewnych warunkach, dając z siebie wszystko.

 

Jestem z nich wszystkich dumny i wszystkim im jestem wdzięczny! Ciekawi mnie, czy te piosenki trafią do dzisiejszych słuchaczy…

 

 Jeszcze w 2025 roku Harket mówił Janowi Omdahlowi, że podoba mu się spontaniczny pomysł, by „po prostu zaryzykować – jako artysta i osoba z chorobą Parkinsona – i stworzyć coś zupełnie nieszablonowego”. Pyta go na stronie A-ha.com czy to właśnie ten album:

– Zdecydowanie nie. Nie zależało mi na epatowaniu objawami choroby czy próbach ich interpretacji w nagraniach. Choruję na Parkinsona i stworzyłem ten album, uwzględniając wynikające z tego ograniczenia – jakiekolwiek by one nie były. Jednak eksponowanie samej choroby byłoby tanim chwytem, ​​a to mnie zupełnie nie interesuje.

 

Poza głównymi partiami wokalnymi, wszystko na tym albumie jest nowe. Instrumentację, aranżacje, a nawet część dodatkowych ścieżek wokalnych zrealizowano w okresie od lipca 2025 do lipca 2026 roku. W nagraniach wzięło udział grono znakomitych szwedzkich i norweskich muzyków sesyjnych, w tym Stockholm Studio Orchestra oraz Erik Ljunggren – stały klawiszowiec koncertowego składu A-ha, który odpowiadał również za postprodukcję. Praca nad tym albumem sprawiła Harketowi wiele radości:

– Skupienie się na tym projekcie i pełne zaangażowanie w niego w sytuacji, w której znalazłem się niejako w „tunelu”, bardzo mi pomogło. To było wspaniałe doświadczenie, także dzięki towarzystwu i postawie ludzi wokół mnie. Uważam, że to może być mój najbardziej spójny album. Stanowi on jedną, zwartą całość. Pod względem produkcyjnym wypada solidnie, a Jonas Kroon wykonał genialną robotę przy miksie.

Pod koniec maja ubiegłego roku Jan Omdahl spędził weekend z Harketem w jego letnim domu na południowym wybrzeżu Norwegii, przygotowując się do ujawnienia światu informacji o jego stanie zdrowia. Wokalista pokazał mu teksty piosenek oraz odtworzył nagrania demo i szkice utworów. Brzmiały obiecująco, choć były jeszcze niedokończone. Czy kiedykolwiek miały szansę opuścić jego iPada?

Oto jego rozmowa z norweskim wokalistą

Przenieśmy się o 16 miesięcy później, do niewielkiego domku, który służy mu za domowe studio i miejsce ucieczki od zgiełku; budynek ten znajduje się na rozległej działce nad fiordem Oslo, godzinę jazdy od miasta. Otacza go bujna roślinność, a z trzech stron otacza wszystko woda. Ten przytulny, stary drewniany domek został starannie odnowiony i kryje w sobie wiele śladów pracy rąk Harketa, który jest samoukiem w dziedzinie stolarstwa. Jego partnerka, Inez Andersson, dyskretnie krząta się w tle.

Od razu staje się jasne, że mężczyzna przede mną to nie Morten Harket- pewna siebie, krocząca z nonszalancją gwiazda światowego popu i symbol seksu. Nigdy nie czuł się w pełni swobodnie w tych rolach, a teraz po prostu nie jest w stanie ich odgrywać. To Morten Harket – mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu kilku lat, zmagający się z bardzo poważną chorobą neurologiczną. Ojciec pięciorga dzieci, dziadek, artysta z imponującym, pięćdziesięcioletnim dorobkiem. Starszy i mądrzejszy, ale też bardziej kruchy i skłonny do refleksji. Jego głos jest cichy, nieco zachrypnięty, momentami niewyraźny. Szuka słów, często mocno zaciskając oczy. Mowa ciała jest sztywniejsza i wolniejsza niż dawniej.

– Zamknij się! – wykrzykuje w pewnym momencie. Na szczęście okazuje się, że zwraca się do własnej nogi, która lekko drży. – Błędem jest zakładanie nogi na nogę, bo wtedy zaczynają się drżenia. Ale Parkinson nie złamał mojego ducha. Zamiast tego pokazał mi, jak niewyobrażalnie wspaniały jest ludzki organizm, jak niesamowita jest nasza konstrukcja. Kiedy zaczynasz to tracić, kawałek po kawałku, uświadamiasz sobie, jakie to fantastyczne. To było… ciekawe doświadczenie.

Jest spięty, sfrustrowany swoimi ograniczeniami. Ale też – w pewnym sensie – odczuwa ulgę, a może nawet triumf z powodu ukończenia nowego albumu. „Human Grace” to niezwykle osobisty projekt solowy, poruszający tematy bliskie sercu wokalisty:

– Dla mnie ten album jest celebracją życia. Zawsze kochałem prawdziwe piękno i wciąż odkrywam, że nie ma w życiu nic piękniejszego niż miłość. Dlaczego więc my, ludzie, czynimy życie mroczniejszym? Stajemy się dziś biernymi obserwatorami sił w nas samych, które chcą pozwolić, by nasze pierwotne instynkty decydowały o tym, kim jesteśmy.

Utwór tytułowy, otwierający płytę, to chwytliwy rockowy kawałek w średnim tempie, utrzymany w klimacie przypominającym twórczość Toma Petty’ego. Tekst stanowi doskonały przykład tego, jak współgrają ze sobą serce i umysł Harketa: głęboka wiara w moc miłości, więzi międzyludzkich i świata natury łączy się tu z niemal mizantropijnym spojrzeniem na kondycję człowieka. Wykłada to wszystko w swoim klasycznym stylu kaznodziejskim a la Harket:

– Utwór „Human Grace” powstał w okresie poprzedzającym rosyjską inwazję na Ukrainę. Choć napisano go w tamtym czasie, jego tekst stanowi ogólną odpowiedź na fałszywy obraz ludzkości, z jakim stykamy się na co dzień w mediach, a zwłaszcza w mediach społecznościowych. Napisałem „Human Grace”, ponieważ kocham świat natury – zachwycająco piękny i budzący ogromny podziw – oraz dlatego, że uwielbiam tkwiący w nim, a także w nas samych, nieustanny potencjał. Stworzyłem ten utwór, bo życie wciąż pozostaje tajemnicą – dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Pozorna mądrość kryjąca się w architekturze świata przyrody i reszty wszechświata dalece przewyższa nas, ludzi. Napisałem tę piosenkę, ponieważ my, ludzie – w całej naszej różnorodności – również jesteśmy piękni, jeśli tylko tego chcemy, choć z pewnością wyszłaby nam na dobre odrobina pokory.

Od razu dodaje:

 

– Właściwie cały album krąży wokół tych tematów.

W „Human Grace” istotną rolę odgrywa też rodzina. Gościnnie występują w nim dwie córki artysty. Pierwszy singiel, „Hold Me”, nagrany z udziałem Tomine Harket (33 l.), to pełna emocji ballada, w której na pierwszy plan wysuwa się dialog wokalny ojca z córką. Z kolei „Falling Down” to bardziej melancholijny, słodko-gorzki utwór, w którym usłyszeć można Karmen Poppi A. Harket (18 l.). Współpraca z córkami była dla Harketa niezwykle satysfakcjonująca:

– Moje relacje z nimi miały dotąd niewiele wspólnego z życiem zawodowym. To była po prostu rzeczywistość, z którą musiały się mierzyć. Obserwowanie ich w takiej sytuacji, gdy prezentowały własną osobowość podczas nagrań, było fascynujące. Byłem pod ogromnym wrażeniem.

Fakt, że nie udało mu się ukończyć dwóch piosenek, okazał się błogosławieństwem w przebraniu:

– Chciałem, by te utwory znalazły się na płycie, ale wiedziałem, że nie zdołam nagrać partii wokalnych. Wtedy przyszło mi do głowy: „Dlaczego nie poprosić córek?”. Gdy już to zrobiłem, zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie wpadłem na to wcześniej. Oczywiście Karmen była wcześniej za młoda, ale teraz jest dorosła. Miała okazję wykorzystać swój głos w inny sposób niż zazwyczaj, co – jak sądzę – sprawiło jej frajdę. Tomine to też zupełnie inny typ artystki niż ja, a przy tym ma już ugruntowaną własną pozycję. Cieszę się, że się do nich zwróciłem, i bardzo podoba mi się efekt ich pracy.

Choć Harket nie przepada za analizowaniem czy wyjaśnianiem swoich tekstów, zdradza pewne wskazówki dotyczące znaczenia drugiego utworu na płycie – „Hold Me”, będącego jego duetem z Tomine:

– To sytuacja postrzegana przez dwie osoby z różnych punktów widzenia. Piosenka opowiada o tym, jak zbliżenie się do siebie zmienia perspektywę. Mówi o tym, co czeka na nas, gdy otwieramy się na drugiego człowieka. Jeśli patrzymy na czyjeś czyny przez pryzmat miłości, staje się ona niezwykle silnym filtrem.

Utwór „Hold Me” rozwija się w rozbudowaną, pełną rozmachu kompozycję z udziałem Stockholm Studio Orchestra i wysokimi partiami wokalnymi Harketa. Piosenka powstała we współpracy z Peterem Kvintem i Tomine Harket. Autorem tekstu jest Harket oraz jego wieloletni współpracownik, poeta i autor tekstów Ole Sverre Olsen, który współtworzył słowa do sześciu z dziesięciu utworów na płycie.

Peter Kvint pracował nad albumem zarówno w swoim studiu w Sztokholmie, jak i w Oslo, opracowując instrumentację i aranżacje oraz dogrywając rozmaite partie instrumentalne. Fakt, że ten multiinstrumentalista jest również współautorem ośmiu z dziesięciu utworów, świadczy o jego kluczowej roli:

– Ufam mu i pozwalam robić to, co czuje. Nie mogłem podróżować w trakcie nagrań, ale byłem pod ogromnym wrażeniem tego, co osiągnął w Sztokholmie. Wykonał fantastyczną pracę. Moim zadaniem w wielu przypadkach było zdecydowanie, co zachować, a z czego zrezygnować.

W utworze „Falling Down” gościnnie występuje jego najmłodsza córka, Karmen. Podobnie jak Tomine w „Hold Me”, wnosi ona do piosenki kontrast w postaci młodzieńczej czystości. Utwór zaczyna się jako melancholijna ballada w średnim tempie, oparta jedynie na gitarze akustycznej i zwiewnych syntezatorach, by wkrótce rozwinąć się w pełne, zespołowe brzmienie. Warstwa liryczna zdaje się dotyczyć wyzwań związanych z budowaniem więzi między ludźmi i analizy relacji przez dwoje partnerów. Początkowo Harket ma jednak wątpliwości co do określenia piosenki mianem melancholijnej:

– Hm, czy „melancholijna” to właściwe słowo? Nigdy tak tego nie odbierałem – dla mnie to brzmi jak rezygnacja. Duch tej piosenki jest raczej czuwaniem. Może chodzić o relację ojca z córką. Jedna z nich to ta starsza i to właśnie tę partię wykonuję w utworze. Porusza ona kwestię wątpliwości pojawiających się między dwojgiem ludzi, którzy się kochają i troszczą o siebie nawzajem, a zastanawiają się, dokąd zmierza ich relacja. Głos Karmen jest bardziej ostry i bezpośredni. To właśnie tam na wierzch wychodzą problemy: szybko tracimy zdolność komunikacji, tracimy nasz wspólny język. A gdy nasze postępowanie przestaje być spójne z tym, za kogo się podajemy, tracimy zaufanie. Zaufanie to delikatna, a zarazem elastyczna tkanina – niezwykle wytrzymała, dopóki pozostaje nienaruszona, lecz wystarczy, że puści jedna nitka, a całość może błyskawicznie się rozsypać.

 


„Falling Down” to jeden z kilku utworów na płycie, które – bezpośrednio lub pośrednio – zdają się poruszać temat tego, jak świecące ekrany i media społecznościowe niszczą nasze życie. Wystarczy przytoczyć wers z piosenki „Human Grace”: „Żywimy się śmieciami / I sami staniemy się śmieciami”.

Pokrewnym motywem wydaje się kwestia spokoju i ciszy a raczej ich braku. Wypowiedź ta, pochodząca od artysty obecnego w świetle reflektorów od ponad 40 lat, z pewnością brzmi osobiście, jednak Harket podkreśla, że ​​jego tekstów nie należy traktować jako autobiograficznych:

– Niekoniecznie czerpię je z własnych doświadczeń; dotyczą one kondycji ludzkiej i są istotne dla nas wszystkich.

Utwór „Lord, I Can’t Help You Now”, mroczniejsza, zadziorna kompozycja rockowa, w której słychać echa twórczości A-ha z czasów albumu „Memorial Beach” skłania do rozmowy o jego stosunku do muzyki rockowej. Jak sam przyznaje, rocka nigdy nie miał dość. Choć to zespoły Uriah Heep i Deep Purple uświadomiły mu w dzieciństwie, że życie to coś więcej niż motyle i storczyki, to właśnie przesycony bluesem rock Hendriksa sprawił, że wszystko wskoczyło na właściwe miejsce:

– Po usłyszeniu Hendriksa przez trzy miesiące nie słuchałem żadnej muzyki. Utwór „Hey Joe” wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że po prostu musiałem na pewien czas zamilknąć.

Jeśli chodzi o warstwę liryczną, utwór „Lord, I Can’t Help You Now” opisuje sytuację, w której wszystko legło w gruzach – wyjaśnia artysta, choć z nutą żartu:

– Mówi się, że Bóg dał nam wolną wolę. Oznacza to, że ślady, które zostawiasz, należą do ciebie. Ponosisz odpowiedzialność zarówno za to, co robisz, jak i za to, czego nie robisz. To z kolei oznacza, że ​​w świecie, w którym wszyscy się rodzimy, jesteśmy zdani na samych siebie. Możemy jednak zwracać się ku sobie nawzajem tak duchowo jak i emocjonalnie. Bóg nie będzie cię prowadził za rękę, bo odpowiedzialność spoczywa na tobie. W głębi serca, nauki Chrystusa wciąż są dla mnie tak samo ważne, jak były zawsze. Niestety, bywają one przedmiotem drwin. Tak to już bywa, gdy żyje się odpowiedziami, a nie pytaniami. W ten sposób wpada się w pułapkę fundamentalizmu: przestaje się zadawać pytania i patrzeć na świat z zachwytem.

Dla odmiany, wielbiciele głosu artysty z pewnością docenią balladę „Shot of Fear”. To utwór, w którym Harket prezentuje pełnię swoich możliwości wokalnych; gdy sięga po wysokie rejestry, słuchaczy przechodzą ciarki. Piosenka ta nie powstała jednak jako popis wokalnej ekwilibrystyki:

– Nie. Myślę, że właśnie dlatego tak dobrze brzmi: nie ma w niej sztuczności.

Pod względem tekstowym „Shot of Fear” jawi się jako kolejna piosenka o miłości, choć z pewnym zaskakującym zwrotem akcji a takich utworów na płycie nie brakuje. Harket wyjaśnia to nieco niechętnie:

– To stan, którego jeśli dopisze nam szczęście, możemy doświadczyć. To uczucie uniesienia w konkretnej chwili.

Ostatni utwór, „If I Ever See Your Face Again”, to przejmująca ballada, w której słyszymy jedynie głos, fortepian Kvinta oraz instrumenty smyczkowe.

– To refleksje człowieka, który ma za sobą długie życie; kogoś, kto na przestrzeni lat w pełni zrozumiał samego siebie i swoją rolę zwłaszcza w relacji z osobą, do której kieruje te słowa. U podstaw tego wszystkiego leży wdzięczność. Pojawia się też poczucie żalu, być może z powodu związku, który się rozpadł albo ledwo jeszcze trwa. Jest w tym pewna doza smutku, ale też poczucie błogosławieństwa i spełnienia.

Czy tą osobą mógłby być on?

– I tak, i nie. Pisząc to - a szło mi naprawdę szybko- wiedziałem, że będzie to miało szczególne znaczenie dla wielu dojrzałych mężczyzn. Kobiety i mężczyźni podchodzą do wielu spraw zupełnie inaczej. A my, mężczyźni, ze zdziwieniem odkrywamy, co tak naprawdę jest dla kobiet ważne.

Jan Omdahl pyta Harketa, czy choroba Parkinsona sprawiła, że ​​opuścił gardę – zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.

– Być może. Ta choroba zmusza do kwestionowania wszystkiego. Uczy pokory, a czasem doprowadza do szału. Nigdy nie uważałem, że zachorowanie na nią było niesprawiedliwe, ale to ogromna, wręcz gigantyczna próba cierpliwości. Moja cierpliwość była nieustannie wystawiana na próbę przez całą karierę, ale to jest coś zupełnie innego. To prawdziwy sprawdzian, w wymiarach, których inni nie są w stanie pojąć, dopóki sami tego nie doświadczą. Choroba wpływa na tak wiele aspektów normalnego, codziennego życia.

Wciąż ma nadzieję na odzyskanie głosu – a przynajmniej takiego, z którym da się pracować:

– Mój obecny głos to nie tylko skutek samej choroby Parkinsona, ale także przyjmowanych leków i ich efektów ubocznych. Znalezienie właściwej równowagi jest bardzo trudne. W najgorszym momencie straciłem nawet głos mówiony. Był płaski, pozbawiony muzykalności i jakichkolwiek wyczuwalnych emocji. Niemal martwy. Nie potrafiłem wyrazić tego, co czułem to była bardzo trudna sytuacja. Ale objawy przychodzą i odchodzą. Pod względem fizycznym aparat mowy nie uległ uszkodzeniu. Od naszej ostatniej rozmowy głos w pewnym stopniu wrócił. Kiedy teraz mówię, w moim głosie słychać melodię, choć jest ona nieco stłumiona. Nie wrócił jednak do stanu, w którym mógłbym go aktywnie wykorzystywać jako wokalista. Zwłaszcza w trasie koncertowej, gdzie wiele osób liczy na to, że staniesz na wysokości zadania. W to akurat wątpię. Ale nagrywanie – gdy okoliczności będą sprzyjające, a głos na to pozwoli – to coś, co być może uda się zrealizować.

Nie postrzega zatem „Human Grace” jako swojego rodzaju łabędziego śpiewu. Wręcz przeciwnie – szuka sposobów na dalszą ekspresję. I – ryzykując, że rozjuszy fanów A-ha na całym świecie – dodaje:

– Nieustannie szukam drogi powrotnej do wykorzystywania głosu w nagraniach. Zarejestrowałem pewne partie wokalne na tej płycie, ale to wciąż za mało, by powiedzieć, że osiągnąłem cel. Mam nadzieję, że do tego dojdzie – a może to nawet oznaczać powrót do studia z zespołem, z A-ha.

Chwila, czy on naprawdę to powiedział? W końcu stres emocjonalny często nasila objawy choroby Parkinsona u wielu pacjentów. Jednak Harket nie obawia się ewentualnego powrotu do świata A-ha, z całym tym szeroko nagłaśnianym napięciem między członkami grupy. Wręcz przeciwnie, zdaje się czerpać przyjemność z tej myśli:

– Gdyby nadarzyła się okazja i warunki byłyby sprzyjające, byłbym gotów zaangażować się całym sercem i umysłem. Jestem artystą i to właśnie mnie interesuje. Jestem bardzo dumny z tego, co osiągnęliśmy z zespołem A-ha. Nasz dorobek jest imponujący i muszę przyznać, że to naprawdę dobra muzyka. Darzę Magne’a i Paula wielkim szacunkiem. Mieliśmy ogromne szczęście, że trafiliśmy na siebie w tamtym właśnie momencie. Tak wiele razem przeżyliśmy; tylko czas pokaże, co przyniesie przyszłość. To nie tarcia wewnątrz zespołu mnie martwią, lecz konieczność mierzenia się z mediami i zainteresowaniem opinii publicznej. To potężna siła, która ciąży ku temu, co prymitywne. Aby sobie z tym radzić, potrzeba odporności psychicznej i wytrzymałości, których ja już nie mam.

 On wie to najlepiej. Jak sam kiedyś zauważył w chwili autoironicznej refleksji:

 – To nie przypadek, że to właśnie ja jestem Mortenem Harketem.

 Jan Omdahl jest dziennikarzem i autorem. W 2003 roku opublikował biografię A-ha zatytułowaną „The Swing of Things” (wyd. Forlaget Press); w 2010 roku ukazało się jej poprawione i rozszerzone wydanie.

 a to teledysk do najnowszego singla Mortena Harketa "Hold Me"


 

Komentarze

Nowsza Starsza