Peter Frampton z premierowym materiałem, pierwszym od 16 lat. Płyta "Carry The Light", wciąga. Recenzja

 

Gdy większość ludzi słyszy nazwisko Petera Framptona, pierwszą rzeczą, która przychodzi im na myśl, jest jego słynny koncertowy album z 1976 roku – „Frampton Comes Alive!”. To jeden z najbardziej kultowych dwupłytowych albumów koncertowych, jakie kiedykolwiek wydano. 

Muzyk, który w tym roku obchodził swoje 76 urodziny, zyskał rozgłos jako członek zespołów rockowych The Herd oraz Humble Pie. W późniejszym okresie kariery Frampton odniósł znaczący sukces jako artysta solowy. Wydał szereg albumów, w tym przełomowe dla swojej twórczości koncertowe wydawnictwo „Frampton Comes Alive!” (1976) – najlepiej sprzedający się album w Stanach Zjednoczonych w 1976 roku. Płyta ta zaowocowała wieloma przebojami i uzyskała status ośmiokrotnej platyny, przyznany przez amerykańską organizację RIAA. Muzyk współpracował również z wieloma innymi artystami, takimi jak Ringo Starr, John Entwistle (z zespołu The Who), David Bowie, Joe Bonamassa oraz Matt Cameron i Mike McCready z grupy Pearl Jam.

Frampton jest znany ze swoich największych przebojów, takich jak „Show Me the Way”, „Baby, I Love Your Way”, „Do You Feel Like We Do” oraz „I’m in You”, utworów, które do dziś stanowią stały element repertuaru stacji radiowych grających klasyczny rock. Pojawiał się także jako on sam w produkcjach telewizyjnych, m.in. w serialach „Simpsonowie”, „Głowa rodziny” oraz „Madam Secretary”. W 2024 roku Frampton został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame.

Po wszystkich tych latach Frampton powraca z eklektycznym nowym albumem „Carry The Light”, notabene pierwszym materiałem z premierowymi utworami od czasu płyty „Thank You Mr. Churchill” z 2010 roku. Ten krążek jest niezwykle różnorodny i, szczerze mówiąc, bardzo mi się to podoba.

Przywiozłem go ze swojego wypadu do Dusseldorfu, miasta, które urzekło mnie pod wieloma względami.

Kariera Framptona przed wydaniem wspomnianego koncertowego albumu z 1976 roku miała pewne punkty wspólne z wczesnymi etapami drogi artystycznej Boba Segera. Zanim Frampton rozpoczął karierę solową, grał w kilku zespołach – między innymi w The Herd, a przede wszystkim w Humble Pie, gdzie występował u boku Steve’a Marriotta (znanego ze Small Faces). Odejście Marriotta ze Small Faces doprowadziło do dołączenia do zespołu Ronniego Wooda i Roda Stewarta – i tak oto narodziła się grupa The Faces.

Frampton opuścił Humble Pie w 1972 roku, by zająć się karierą solową, jednak – podobnie jak w przypadku Segera – jego wczesne płyty nie zyskały wówczas większego uznania publiczności. Trzeba przyznać, że to znakomite albumy: „Winds Of Change” (1972) oraz „Frampton’s Camel” (1973) były doprawdy wyjątkowe – a to tylko dwa przykłady.

Podobnie jak w przypadku Segera, to właśnie album koncertowy przyniósł mu wielki sukces komercyjny. Co ciekawe, u niektórych artystów to właśnie płyta „na żywo” okazuje się przełomem. W jego przypadku koncertowe wersje utworów z wczesnych albumów zawsze cieszyły się większą popularnością niż oryginały. Z wczesną twórczością Framptona (z lat 1972–1975) zapoznałem się dopiero kilka lat temu, przy okazji wydania „All Blues” – zdecydowanie warto poświęcić jej czas. Niestety, Framptonowi nie udało się utrzymać sukcesu tak skutecznie, jak zrobił to Seger.

W 2019 roku u Framptona zdiagnozowano zapalenie mięśni z ciałkami wtrętowymi (ang. „inclusion body myositis”) – chorobę, która atakuje i osłabia mięśnie, zwłaszcza w dłoniach. Dla gitarzysty to fatalna wiadomość. Wiem, że musiał ograniczyć występy na żywo, ale bardzo się cieszę, że otrzymaliśmy ten nowy album, to prawdziwy dar, który być może okaże się jego ostatnim.

Pierwszą rzeczą, która od razu zwraca uwagę, jest absolutnie fantastyczne brzmienie gitary, jakie uzyskuje Frampton. Zawsze słynął z ciepłego, wspaniałego brzmienia instrumentu – i tutaj jest ono w pełni obecne. Frampton zawsze był gitarzystą o zadziornym, niemal „rewolwerowym” stylu, a ten album pozwala mu w pełni rozwinąć skrzydła. Być może dlatego, że było to dla mnie pewne zaskoczenie, ale muszę przyznać, że bardzo polubiłem tę płytę.

Na albumie pojawia się wielu gości, jednak utwory rzadko tracą swój charakter na rzecz zaproszonych artystów. Kompozycje brzmią niezmiennie w stylu Framptona. Bardzo podoba mi się również obecny w niektórych utworach podtekst protestacyjny – w końcu to właśnie stare gwiazdy rocka najlepiej potrafią zabrać głos w sprawach społecznych. Płyta stanowi eklektyczną mieszankę stylów i temp, a mimo to wszystko tworzy spójną całość.

Otwierający utwór to jednocześnie tytułowa kompozycja, która – muszę przyznać – na początku nieco mnie zbiła z tropu. Zaczyna się od śpiewów rdzennych mieszkańców. Frampton jest przecież Anglikiem… ale przypomniałem sobie, że zespół The Cult wykorzystywał podobne wokalizy na płycie „Ceremony”, więc odrzuciłem swoje wcześniejsze oczekiwania.

„Carry The Light” okazało się jednym z moich ulubionych utworów na albumie. To kompozycja w duchu „razem możemy więcej” – nawołuje do zjednoczenia w obliczu nagłych ciemności, w jakich przyszło nam żyć, i zachęca, by „nieść światło” dalej. „Trzeba słuchać starszyzny…” – a do tego dochodzi jeszcze smakowita solówka gitarowa.

„Buried Treasure” to wspaniały hołd dla Toma Petty’ego. Tytuł nawiązuje do audycji radiowej Petty’ego, w której prezentował on zapomniane muzyczne perełki innych artystów. W nagraniu gościnnie wystąpił Benmont Tench, były klawiszowiec grupy The Heartbreakers, który wzbogacił utwór świetnymi partiami organów.

Frampton wymienia w tekście tak wiele utworów Petty’ego – z których każdy sam w sobie mógłby być uznany za „ukryty skarb” – że aż trudno je wszystkie zliczyć. To kawał świetnego rocka. Szkoda tylko, że nie udało się zaprosić Mike’a Campbella z The Heartbreakers na gitarowy pojedynek… cóż, pomarzyć zawsze można. „I’m Sorry Elle” to akustyczny utwór napisany dla jego wnuczki; zawiera wspaniałe partie wokalne w harmonii, wykonane przez Grahama Nasha – artystę, który wzbogaca każdą piosenkę, w której bierze udział.

Sam utwór stanowi przeprosiny pokolenia autora skierowane do najmłodszych odbiorców za poniesione porażki – zmiany klimatu, pandemię COVID czy upadek demokracji. Świat, który przekazujemy naszym wnukom, nie prezentuje się obecnie najlepiej. Cóż, chciwość potrafi zrujnować wszystko.

W utworze „Breaking The Mold” gościnnie występuje Sheryl Crow. To przyzwoity pop-rockowy kawałek, choć muszę przyznać, że jako jedyny nie do końca do mnie przemówił. Bardziej podoba mi się „I Can’t Let It Be” – gitara brzmi tu wspaniale… przesłanie jest jasne: nie można dziś stać z założonymi rękami.

„The Lions At The Gate”, nagrany z udziałem Toma Morello (znanego z Rage Against The Machine oraz E Street Band), to jedyny utwór, w którym słychać więcej ducha Rage niż samego Framptona. To rasowy protest-song, który brzmi naprawdę mocno – fantastyczne rockandrollowe wezwanie do działania.

„Islamorada” to kompozycja instrumentalna z gościnnym udziałem H.E.R. – uwielbiam sposób, w jaki poprowadzono tu partie gitarowe. Dwie znakomite gitary elektryczne przeplatają się ze sobą, brzmiąc niczym krzyk w nocnej ciszy – po prostu świetne.

W dwóch utworach – „Can You Take Me There” oraz „Tinderbox” – pojawia się saksofonista jazzowy Bill Evans, który w latach 80. współpracował z Milesem Davisem. „Can You Take Me There” to eteryczna, jazzująca kompozycja z pełnym emocji wokalem Framptona. „Tinderbox” to kolejny utwór zaangażowany społecznie; utrzymany w rockandrollowym stylu Framptona, z jazzową wstawką w środku. Partie saksofonu w wykonaniu Evansa są znakomite. „Słyszycie mnie teraz?”

„At The End Of The Day” to kolejna kompozycja instrumentalna. W tle słychać gitarę akustyczną, a całość dopełniają wzniosłe, przepiękne partie gitary elektrycznej w wykonaniu Framptona. To idealne zwieńczenie albumu – żadnych gości, tylko sam Frampton i jego zachwycające solówki.

Wiedziałem, że ten album ma się ukazać, ale być może przez to, że nie miałem wygórowanych oczekiwań, płyta okazała się dla mnie prawdziwą, zaskakującą perełką. Naprawdę przypadło mi do gustu podejście Framptona, a jego gra na gitarze – jak zawsze – jest rewelacyjna.

Nie wiem, czy to jego ostatni album, ale ten – podobnie jak jego wczesne dokonania – zdecydowanie warto przesłuchać. To prawdziwa perełka z późnego etapu kariery. Podkręćcie głośność, przygotujcie sobie szklankę jakiegoś ciemnego, mocnego trunku, usiądźcie w fotelu, wyciągnijcie nogi – wrażenia będą gwarantowane.



Komentarze

Nowsza Starsza